13 Bieg Twardziela
No i przyszła - zła, brzydka i niedobra 😉... zima. I ponoć wcale tak łatwo ma nie odpuścić. A kto mnie zna, ten wie - niereformowalnych zmarzluchów nie da się zmienić 😏.
Toteż nastała epoka, w której trzeba uważać, by nie wpaść w nałóg narzekania. Ale co tam - przecież kiedyś zimy nie tak wyglądały, były prawdziwie mroźne i śnieżne (dziś pewnie uznano by taką zimę za prawdziwy kataklizm), tylko my jakoś o tym zapomnieliśmy i odzwyczailiśmy się od wyrazistych pór roku.
Za nami również pierwszy prawdziwy w tym roku bieg zimowy - tak w skrócie można to ująć, biorąc pod uwagę zarówno teren jak i warunki pogodowe, czyli 13 Bieg Twardziela. I oczywiście nie bez kozery ten bieg zyskał miano twardziela. Choć sceneria nie zawsze była prawdziwie zimowa (jak przystało na luty), to jednak nie można go zaliczyć do tych, które się robi ot tak sobie, po prostu na lajcie.
Zeszłoroczna edycja, choć temperatura była zdecydowanie na plusie, nie ułatwiła sprawy. Trasa wiodąca bezdrożami, lasami i ornymi polami, po wodzisławskich i okolicznych górkach, zmuszała do pilnowania butów - istniała możliwość zostawienia tu i ówdzie buta zatopionego w błocie 😌.
No ale tak było w zeszłym roku. W tym roku Twardziel naszykował nam zgoła inne atrakcje. Trasa co prawda była dokładnie ta sama, ale aura zupełnie inna. Mróz minus naście stopni, przy powiewach na otwartych polach solidnie przypomniał jaką mamy porę roku i że Twardziel zasługuje na swoje miano.
To był jeden z nielicznych momentów, gdy mogłam zobaczyć Zenka na trasie w długich leginsach 😊 - bezcenne. Ja tym razem wybrałam się na trasę z kijkami i szczerze mówiąc, miałam nieodpartą ochotę już na drugim kilometrze zejść z trasy. I wcale nie dlatego, że ciężko, że nie chce mi się itp. - od szokujących (dla mnie) temperatur straciłam czucie w dłoniach. No ale co? Zejść na drugim kilometrze? Jak to mówią - nie ze mną te numery Bruner 😃. Trzeba było zatem zacisnąć zęby, zrobić mały postój dla rozgrzania dłoni w kieszeniach i dalej w trasę. A jaki z tego morał? Przypomniałam sobie, jak całkiem niedawno w duchu podśmiewałam się z dziewczyn, które pisały że biegają w rękawiczkach narciarskich. No bo jak to? Przecież takie zwykłe biegowe wystarczą (?!). Dziś zwracam im na głos honor - na drugi dzień pojechałam po zakup takowych.
No i żeby nie przedłużać - BYLE DO WIOSNY 😊!
Toteż nastała epoka, w której trzeba uważać, by nie wpaść w nałóg narzekania. Ale co tam - przecież kiedyś zimy nie tak wyglądały, były prawdziwie mroźne i śnieżne (dziś pewnie uznano by taką zimę za prawdziwy kataklizm), tylko my jakoś o tym zapomnieliśmy i odzwyczailiśmy się od wyrazistych pór roku.
Za nami również pierwszy prawdziwy w tym roku bieg zimowy - tak w skrócie można to ująć, biorąc pod uwagę zarówno teren jak i warunki pogodowe, czyli 13 Bieg Twardziela. I oczywiście nie bez kozery ten bieg zyskał miano twardziela. Choć sceneria nie zawsze była prawdziwie zimowa (jak przystało na luty), to jednak nie można go zaliczyć do tych, które się robi ot tak sobie, po prostu na lajcie.
Zeszłoroczna edycja, choć temperatura była zdecydowanie na plusie, nie ułatwiła sprawy. Trasa wiodąca bezdrożami, lasami i ornymi polami, po wodzisławskich i okolicznych górkach, zmuszała do pilnowania butów - istniała możliwość zostawienia tu i ówdzie buta zatopionego w błocie 😌.
No ale tak było w zeszłym roku. W tym roku Twardziel naszykował nam zgoła inne atrakcje. Trasa co prawda była dokładnie ta sama, ale aura zupełnie inna. Mróz minus naście stopni, przy powiewach na otwartych polach solidnie przypomniał jaką mamy porę roku i że Twardziel zasługuje na swoje miano.
To był jeden z nielicznych momentów, gdy mogłam zobaczyć Zenka na trasie w długich leginsach 😊 - bezcenne. Ja tym razem wybrałam się na trasę z kijkami i szczerze mówiąc, miałam nieodpartą ochotę już na drugim kilometrze zejść z trasy. I wcale nie dlatego, że ciężko, że nie chce mi się itp. - od szokujących (dla mnie) temperatur straciłam czucie w dłoniach. No ale co? Zejść na drugim kilometrze? Jak to mówią - nie ze mną te numery Bruner 😃. Trzeba było zatem zacisnąć zęby, zrobić mały postój dla rozgrzania dłoni w kieszeniach i dalej w trasę. A jaki z tego morał? Przypomniałam sobie, jak całkiem niedawno w duchu podśmiewałam się z dziewczyn, które pisały że biegają w rękawiczkach narciarskich. No bo jak to? Przecież takie zwykłe biegowe wystarczą (?!). Dziś zwracam im na głos honor - na drugi dzień pojechałam po zakup takowych.
No i żeby nie przedłużać - BYLE DO WIOSNY 😊!




Brak komentarzy: